Czasami rodzi się we mnie jakiś głód życia, nie znana tęsknota za spełnieniem się w innych rolach, smakowanie ciała i duszy jeszcze nie poznanej. Odkrywać trzeba do końca.
— Barbara Rosiek

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 marca 2012

Stara doopa jestem.


W chwili, w której umiera w nas dziecko, zaczyna się starość.
— Francois Mauriac



Na dworze już prawdziwa wiosna. Mnie  straszne lenistwo ogarnia. Nawet bloga nie chce mi się pisać. Patrycja już ładnie chodzi, spacerujemy więc sobie bez wózka. Niestety z mówieniem jakoś gorzej jej idzie. Dziś skończyłam 42 lata i czuję się z tym jakoś nie za fajnie. Coraz częściej zdarza mi się wspominać przeszłość. Tak podobno mają starsi ludzie. Wspominam sobie z nostalgią jak to drzewiej fajnie bywało. Miałam tyle, marzeń, palnów i oczekiwań, a teraz już niczego od życia się nie spodziewam, została mi go bowiem "mniejsza połowa".
Jakoś tak fizycznie gorzej się czuję, kręgodłup pobolewa i głowa często jakby od podwyższonego ciśnienia...
Heh, żizń...
Ale prezenty od rodzinki dostałam fajne, mp3 (ostatnia mi się zepsuła), różyczki w doniczce i perfumy.
Zdrowie mojej mamy znacznie się porawiło, nogi jakby mniej ją bolą, schudła już 10 kg i cukier ma dobry.
Teraz problem z tatą się zaczął, bo mu w glowie i uszach szumi. Na razie latam z nim po doktorach i nikt nic nie wie, co mu dolega. We wtorek idziemy do neurologa i jeśli nie da skierowania na tomokomputer głowy, to tata prywatnie zbada się za pomocą rezonansu i może sie uspokoi, że nic złego tam się nie dzieje.
Moja terapia zaczyna mnie męczyć, jakoś wszystkie tematy chyba zostały przegadane i mam wrażenie, że nie mam o czym z teraputka rozmawiać. Nie wiem co dalej...
Jutro relaksik, spanko i kino.

piątek, 2 marca 2012

Hallo, tu Wiosna....


Lubię położyć się na trawie wśród kwiatów, gdy z daleka dobiega dźwięk fletu, gdy po rozpostartym nade mną niebie płyną białe, wiosenne chmury.
Ludwig Uhland

Jak pięknie na dworze, świeci słońce, a niekiedy temperatury są iście wiosenne, mimo, iż nadal trwa kalendarzowa zima. Do uczynienia tego wpisu skłoniła mnie pukająca wiosna pod postacią Kathi. Bardzo miły komentarz, pobudzający i energrtyzujący. Dzięki, Kathi, za wiosenne przebudzenie.
Czas leci, a ja robię się coraz strasza, w marcu skończę 42 lata.Mentalnie utknęłam chyba na 40-stce, ponieważ automatycznie odpowiadam, że mam własnie tyle. Heh, te kobiety i ich wiek. A powinny czuć się jak wino, im strasze tym lepsze i cenniejsze ... oczywiście dla koneserów, a nie gawiedzi i pospólstwa. :)
Jak to wspaniale, że jutro weekend. Doceniłam go powrotnie, gdy zaczęłam ponownie pracować i wstaję codziennie o masakrycznej godzinie 5.00. Jutro się wyśpię i wypocznę.  Nie wiem co więcej napisać, może się rozkręcęz czasem i już nie opuszczę tego bloga na dłużej jak to uczyniłam ostatnio.

sobota, 17 grudnia 2011

Mam wznowę?

Ciało jest albo beznadziejnie głupie, albo nieskończenie mądre – tak czy inaczej, oszczędzono mu katuszy myślenia, wie tylko, jak trwać i walczyć, dopóki może. [...]. Chce żyć.
S.King

Kiedyś, w 2001, a potem 2007 miałam nieciekawe  i rzadko spotykane schorzenie - guza oczodołu. Strasznie się denerwowałam jaki charakter ma ta zmiana, miałam niesamowite korowody z lekarzami, badaniami, a potem operacjami, były też koszty finansowe związane z leczeniem, a na koniec jeszcze powieka mi się nie chciała podnieść. Dwa razy przeżyłam ten koszmar, na szczęście zmiana okazała się być torbielą bez cech nowowtworowych. Od tygodnia boli mnie znów to samo miejsce i mam wrażenie, że robi się tam gulka. Byłam już u okulisty, który pracuje w akademii (zawsze mnie tam operowano i trza się nastawić na zabieg znów), robiłam usg, teraz mam mieć rezonans oczodołów. Na razie zmiany nie widzi lekarz, nie wyszło nic na usg, ale to nic nie znaczy jeszcze. Trochę dały mi te badania po kieszeni (80 zł- wizyta, 80 zł - usg, rezonans- 650 zł), ale ja nie zamierzam czekać wieczność na nfz, wcześniej umrę albo wykończę się psychicznie. Na coś człowiek przecież musi pieniądze wydawać. Mama mowi, że jestem hipochonryczką, ale ma to i dobrą stronę. Dzięki temu wyszłam obronną ręką z alkoholizmu. Miałam kilkakrotnie wszywany esperal, wielu alkoholików po prostu "zapija go", mimo grożby utraty życia, ja tam obawiam się o siebie, że nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Na razie strasznie się denerwuję i czekam...
Co poza tym? Ano, widziałam się z opisywaną niegdyś Edytką... Ma już dziewczyna 18 lat. Wyszła nieźle z ostatnich sytuacji krytycznych. Mianowicie pojechała do Dani jako opiekun cioci chorej na raka. Jest tam oficjalnie zatrudniona i zarabia 6.000 zł miesięcznie. Kupiła sobie mnóstwo rzeczy: ubrań, sprzętów... Palnuje iść na prawko i kupić furkę. Super wygląda, włoski ma zrobione, makijaż, ładnie ubrana. Nie odchudza się już, rozśmieszyła mnie, bo zjadła zestaw w McDonaldzie, porcję szarlotki oraz kawę z bitą śmietaną i lodami. Nie ma na razie problemu bo figurę ma modelki. Przechodzi jednak ogromny stres psychiczny i fizyczny. Ciocia jest w IV stadium raka, cierpi na depresję, Edytka robi wszystko w domu:gotuje, pierze sprząta... Palnuje zostać w dani i skończyć tam szkołę, a potem podjąć pracę. Cieszę się, że tak jej się w życiu ułożyło.
Mój "odwieczny" internetowy znajomy jest chyba dla mnie taki ważny, ponieważ jest jakby synonimem mojego taty dla mnie. Tyle widzę w nim jego cech, które mnie drażnią. Teraz jest na mnie obrażony i nie odzywa się... Nigdy pierwszy nie wyciągnął reki do zgody, zawsze ja, identycznie jak mój ojciec...
Moja "ukochana pisarka", która obiecała spotkać się po 15 grudnia, napisała, że jest chora... Szok...
Ponadto miałam "randkę z portalu internetowego" . Pan przyszedł z plamą na swetrze i brudnymi paznokciami, sama zapłaciłam za swą kawę. Ponadto jest w separacji, nie ma rozwodu, dwie małe córcie i ciągle narzeka na swoją sytuację materialną. Kiedy napisałam mu w esie, że jestem chora w związku z guzem, nie odezwał się więcej, hahaha. Faceci to dno...

sobota, 5 listopada 2011

Co tam u mnie, Drogi Kumie?


Tradycja, tradycja, tradycja... Jakże my ją kochamy, jak tęsknimy do powtarzanych co roku tych samych rytuałów, potraw, filmów. Codzienność jest zwykle tak szara, że każdy chce pozytywnej odmiany, choćby na jeden, dwa dni.

 Roman Kotliński

Szara codzienność mi nie wystarcza. Popadam w nastroje od euforii do głębokiej depresji. Przy obcych zawsze ukrywam swoją wrodzoną nieśmiałość, a jednak czasami z jakiejś przyczyny boję się nawet odebrać telefon od nieznanego numeru. Głupie, prawda?
Chodzę do Patrycji rannym świtem, jak mam dość leżenia na kanapie, idę sama do kina. Niestety życie pokazało, że nikt się nie chce przyjaźnić. Na portalach społecznościowych jako przyjażń rozumiany jest seks. Pisarka nie wykazuje zainteresowania miją osobą. A mnie nie wystarczają wortualne kontakty. Chcę realnych i częstych.
Instynkt stadny? Cholera wie...
Wczoraj byłam na 4 urodzinach Maksa. Nic prawie tam nie jadłąm, ale w domu miałam napad obżartwa. Normalnie identikos jak z piciem. Wzięłam wczoraj łyka drina i nic... Normalnie się zakrztusiłam, takie mocne, od trunków już odwykłam...
Kasa idzie, sama nie wiem na co... Wychodzi i nie wraca... Nie chce mi się żyć, ale qurwa, żyję... I nic na to nie poradzę...

piątek, 14 października 2011

Leniwe, jesiene dni... (ciągną się jak papier toaletowy).



A za oknami jesień – młodopolska dama
w woalu szaromglistym przechadza się sama,
umarłe drzewa żegna, zwiędłe liście liczy
– pamiątki snu o lecie, minionych słodyczy…


Anna Maria Kowalczyk

Od poniedziałku jestem "bezrobotna", siostra zachorowała i jest na zwolnieniu, jest więc w domu z dziećmi. Nudzi mi się więc strasznie, staram się zabijać nudę :), ale jakoś nie za bardzo się daje. Leżę całymi dniami na łóżku i czytam. Bo co niby mam innego robić. Trochę jestem zaziębiona, a na dworzu zrobiło się już dość zimno i deszczowo. Jak bardzo szkoda mi minionego lata, uwielbiam je. Przeczytałam już w tym tygodniu około czterech książek, dwa razy byłam u dzieci i siostry. Wybrałam się nawet na wykład inauguracyjny do Akademi Trzydzieści Plus. Nie był zbytnio ciekawyy.
Z całą pewnością mam jakąś odmianę bulimi. Moje całe życie kręci się wokół jedzenia. Albo się odchudzam poprzez drakońskie diety albo obżeram do nieprzytomności i zaburzeń gastrycznych. Jedzeniem kompensuję sobie złe samopoczucie, niezadowolenie z życia, poczucie bezsensu wszystkiego, co mnie otacza. Potem mam strasznego kaca moralnego, jak alkoholik po zapiciu. Obiecuję sobie, że nigdy więcej, a już nastepnego dnia lecę po słodycze. To takie zamknięte koło, nie wiem jak to zmienić. Nie mam pojęcia. Przecież biorę leki, chodzę na terapię i nic...
Nie jestem otyła, w sumie ciągle na granicy nadwagi i wagi prawidłowej. Ale co z tego jeśli jestem w stanie zaakceptować siebie jedynie przy wadze 69 kg, a ważę 75.
Nie umiem sobie tego logicznie przetłumaczyć.
Dlaczego podejrzewam bulimę, skoro nie wymuszam wymiotów? Po prostu nadużywam środków przeczyszczających, a to także rodzaj bulimicznego zaburzenia. Tak gdzieś czytałam.
Generalnie jestem jak zwykle zdołowana, smutna, znudzona i do doopy. Pozdro...

sobota, 1 października 2011

Czy zabijanie nudy to morderstwo?


Antoni Kępiński
Nuda i pośpiech z psychologicznego punktu widzenia mają wiele cech wspólnych. W obu czas obecny jest przeszkodą, chce się go [...] najszybciej pokonać.
Tak spędzam wolny czas: z zimną krwią zabijam nudę...

piątek, 30 września 2011

Jaki dziwny dzień...

Mark Twain
Spraw, aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem twojego życia.

Dziś będzie pamiętnikarsko, a co tam. Od wczoraj zaczęłam się trochę odchudzać, przynajmniej próbować, bo waga, przez moje napady obżarstwa, skoczyła mi prawie do 76 kg. Przestraszyłam się, ponieważ boję się strasznie otyłości. Tym bardziej iż wszystkie kobiety z mojej rodziny cierpią na nadwagę. To chyba mamy w genach, taką skłonność do tycia i przejadania się. Mam teraz trzydniowy, bezpłatny, przymusowu urlop, ponieważ Maks ma anginę i szwagier dostał na niego opiekę. Martwię się Olim, ma coś z tyłeczkiem i weci nie wiedzą co mu jest, a mnie serce się kraje, kiedy patrzę jak to zwierzątko się męczy. Jutro jeszcze spróbuję podać psiakom leki na odrobaczenie. Dziś wyszłam z domu, bo dostaję fioła od takiego siedzenia w samotności, tylko z psami. Nakupiłam sobie ubrań za full kasy /to moja druga kompulsywna obsesja obok objadania się/.  Byłam też na spotkaniu z panem R. poznanym przez interent. A co tam, życie jest krótkie, a mi potrzeba czynnika ludzkiego do szczęscia. Nie nastawiam się na poznanie męża czy partnera, postępuję w myśl poniższej formuły znalezionej w necie:

Zachęcam Cię do spróbowania odmiennego podejścia - nauki tworzenia przyjacielskich relacji z płcią przeciwną, a porzucenia prób wejścia w związek. Te próby – świadome lub podświadome oczekiwania wobec drugiej osoby, by zaspokoiła Twoje potrzeby, uwolniła Cię od samotności, tworzenie sobie fantazji na temat "bycia razem" zaraz na początku relacji - czynią Cię podatnym na manipulacje. Budując relację, trzeba najpierw poznać drugą osobę i dać się poznać jej. Albo relacja się rozwinie, albo nie. Albo przekształci się w związek, albo nie. Uwalniając się od oczekiwań wobec drugiej osoby, uwalniamy się także od obaw, czy zostaną one spełnione.

Powyższe bardzo mi się podoba. Pan R. nie spodobał mni się fizycznie, nie mogłam bym z nim uprawiać seksu, a to także ważne w relacji partnerskiej. Rozmowa była ciekawa, chociaż nie do końca. Wróciłam zaspokojona towarzysko, w dobrym nastroju.

poniedziałek, 26 września 2011

Co tam u mnie - tak ogólnie...

Wiesław Myśliwski
A płakać nad sobą, to jakby trochę i przeciw sobie się płakało. Płacze się zawsze do kogoś [...]. Kiedy nawet nad sobą się płacze, to do kogoś się płacze. Choćby nie wiem jak głęboko w sobie, po kryjomu w sobie, zawsze do kogoś. A ja nawet nie wiem, czy jest ktoś we mnie.

Zrezygnowałam ze szkoły. Doszłam do wniosku, że za dużo nerwów mnie nauka ta kosztuje. Podejrzewam nawet, że własnie ona była powodem mojej niedawnej bezsenności. Dziwnie zbiegło to się bowiem w czasie z momentem, z w którym zaczęłam sie uczyć. Widać starciłam już całkowicie odporność na stres, może nawet na życie. Jestem jak ślimak pozbawiony skorupki, jak jeż bez kolców. Wszystko, najgłupsza przeszkoda na mojej drodze doprowadza mnie do łez i rozpaczy. Cóż, nic na to nie poradzę. Tak już po prostu jest. Kiedy tylko miałam zacząć się uczyć i widziałam ile jest tam materiału do opanowania, ile pamięciówy, zaraz brała mnie jakaś trzęsiączka. Całe dnie potrafiłam płakać bez powodu płakać i czuć dziwny lęk. W ogóle nie mogłam sobie poradzić nawet w pracy, z dziećmi. Podjęłam więc decyzję, nie ma żadnej obiektynej przyczyny, abym musiała tą szkołę skończyć.
Rozmawiałam o tym na terapii i okazało się, że zupełnie inne miałam cele świadome, a inne powiadome kiedy zapisywałam siędo szkoły. Świadomie chcialam zdobyć praktyczne umiejętności, zawód, ale tak naprawdę chodziło mi o zaspokojenie instynktów towarzyskich, o rozrywkę, A tego szkoła owa na pewno dać mi nie może.
Oli, mój większy psiak, jest chory, coś go boli w zadku i skacze jak poparzony po domu, albo biega po mieszkaniu, uciekając przed bólem, bezskutecznie. Kiedy patrzę jak cierpi, chce mi się płakać, lekarze nie wiedzą co mu jest.
Jak zwykle jestem nieszczęsliwa, to mój  stały nastrój.
Dziś byłam w przedszkolu po Maksia i rozmawiałam z jakąś szczupłą blondyną, zastanawiałam się skąd ją znam. Okazało się potem (siostra mi powiedziała), że to dyrektorka. Szczęka mi opadła z wrażenia. Jeszcze pół roku temu ważyła chyba z ponad stówę, a teraz... jest jej połowa. Nie poznałam babeczki, jak to tusza zmienia człowieka, co by nie mówić.

niedziela, 18 września 2011

Mam ochotę rzucić piekielną szkołę...


Ken Follett
- Posyłanie dziewcząt do szkoły nie ma najmniejszego sensu - stwierdził. - I tak zaraz potem wychodzą za mąż.
W tym tygodniu był drugi weekendowy zjazd w mojej nowej szkole. Miałam wczoraj idziś mam nadal ochotę zrezygnować z tej nauki. Po pierwsze jest: dwudziestolatki, dwudziestoczterolatki, dwudziestoośmiolatki, potem długo gługo nic i jestem ja. Nie potrafię nawiązać tam z nikim kontaku, a w sumie na studiach i różnych podyplomówkach miałam zawsze jakieś bliskie koleżanki. To jest potrzebne, aby rozmawiać na przerwach, czasem wracać razem do domu, czasem wymienić się notatkami. A tu nie mam do kogo gęby otworzyć. Bździunie zgrywają się na całkowicie odmóżdżone panienki, choć wiem, że posiadaja wiedzę i zdolności przeogromne.Wiem, że to ich zbójeckie prawo tak się zachowywać, w końcu to normalne w ich wieku. Ulubione tematy to imprezy, konie, żarty w stylu gumki myszki i rozmowy o uczelniach, gdzie można studiować weterynarię i zootechnikę, Przepraszam bardzo, ale ja już zt ego wszytskiego niestety dawno wyrosłam. Zobaczyłam teraz iż, w każdym wieku ma świat patrzy się z zupełnie innj strony. Ponadto jestem tam prawdopodobnie osobą dysponującą najniższą wiedzą z zakresu biologii. Większość jest po biologii i zootechnice, albo świeżo po nowej maturze (z biologią włącznie). Pani Doktor od anatomii i fizjologii zwierząt zapiernicza z materiałem jak szalona, mam odciski na rekąch od pisania (spróbuj non stop notować przez 6 godzin dziennie) i powtarza jak katarynka, że przecież my to już wszystko wiemy, że to tylko powtórka, a mi oczy robią się duże jak spodki, ponioeważ ja nigdy czegoś takiego nie uczyłam się. Wiedzy do ogarnięcia jest mnóstwo, a dla mnie bez podstaw teoretycznych podwójnie więcej niż dla innych. Z racji wieku nie łapię już materiału tak szybko jak w młodości. Teraz moje życie będzie polegało na pracy i wkuwaniu.
Ponadto jestem zupełnie nieodporna na stres, a właściwie nieodporna na życie. Pamiętam jak jeszcze kiedyś , czy to pracowałam jako kierownik czy studiowałam na UG czy innych podyplomówkach to ze stresu potrafiłam cierpieć na bezsenność, wypadały mi kilkakrtonie włosy i zostawały łyse placki. Wczoraj mieliśmy pierwszy sprawdzian z wiedzy o komórce, uczyłam się do niego 5 dni po dwie, trzy godzinyn dziennie, a to jest zaledwie kropla w morzu wiedzy, którą trzeba posiąść w tej szkole. I prawdopodobnie nie zaliczyłam tego testu, a tak się przy tym zdenerwowałam, że miałam mdłości i kręciło mi się w głowie. Strasznie się denerwuję, że się tego nie nauczę, że nie zaliczę jakiego kolokwium czy egzaminu, że tego jest tak dużo. Do czego właściwie mi ta szkoła jest potrzeba? Na dobrą sprawę do niczego konkretnego. Czy aby nie funduję sobie za dwieście złotych miesięcznie (wakacje też, a jak?) bezcelowej drogi przez mękę?

poniedziałek, 12 września 2011

Kurcze, ja się uczę...aż sama w to nie wierzę...


Bardzo niewiele kobiet jest w stanie dokonać czegoś w nauce. Własnej córki nie posłałbym na fizykę. Jestem rad, że moja żona nie zna się na sprawach naukowych - w przeciwieństwie do pierwszej żony.
Albert Einstein



wtorek, 6 września 2011

Mam kolejny, bezpłatny urlopik...

"W gruncie rzeczy urlop to rzecz ogromnie męcząca: co dzień trzeba szukać sposobu, jak zabić czas. Simone de Beauvoir "

Moja siostra z rodziną ma dwutygodniowy urlop. Wyjechali sobie w góry. Co za tym idzie ja też mam kolejne, bezpłatne wakacje. Oczywiście, wypłaty znowu jeszcze nie dostałam za ubiegły miesiąc. Heh...
Wydaję tylko pieniądze i nudzę się. Jak zwykle czuję się bardzo samotna. Jem też dużo słodyczny, nawet nie wiem ile ważę, boję się wejść na wagę, jestem nieszczęśliwa.
Mój kolega o charyźmie pantofelka wyjechał na darmowy wywczas zorganizowany przez fundację dla niepełnosprawnych, która pomogła mu znaleść pracę. Moja terapeucica ostatnio powiedziała mi, że wychodwałam sobie potwora na własnej piersi. Zmobilizowałam go do diametralnej zmiany jego życia, wysłuchuję jego zwierzeń, wiem o nim wszystko. On nawet nie pamięta do jakiej szkoły ja poszłam, że w weekendy mam zajęcia, nie zapytał mnie jak poradziłam sobie z naprawą mojego laptopa, właściwie moje codzienne życie ma w głębokim poszanowaniu, jak to się ironicznie mawia. A mieni się być mym przyjacielem, "jestem ponoć dla niego całym światem", niby zadaje mi jakieś pytania mnie dotyczące, ale za chwilę już nic z tego nie pamięta. Terapeutka powiedziała mi, że wcale nie jest dziwne, że czuję do niego żal za brak zainteresowania moimi sprawami. Jest to pewnie taki rodzaj człowieka, którego struktura psychiczna jest dość ograniczona i naprawdę ma on problemy z zapamiętywaniem takich informacji. Jednak nie da się ukryć jej zdaniem, że to egocentryk i ja w tym układzie jestem stroną wspierającą, tą, która daje, a nie wiele otrzymuje w zamian. Stąd żal do niego, Traktuje mnie trochę jak taką matkę, która zawsze coś zaradzi i zadecyduje za synka. W swojej dość niskiej intelektualnej sprawności, uważa, że bez problemów moglibyśmy być parą, że mam do niego kosmiczne pretensje, przecież on zaspakaja moje potrzeby emocjonalone, czego ja od nie go właściwie chcę. Ponadto odkąd zaczął pracować i "poszedł między ludzi", już nie jestem dla niego taka ważna. Rzadko się odzywa, a kiedyś potrafił wydzwaniać i psać smsy non stop, kiedy tylko przez godzine nie wiedział co sie ze mna dzieje. Teraz na intergracji w ogóle nie napisze nawet jak mu tam jest.
A ja czuję się jakaś porzucona, wykorzystana, sama nie wiem... Jak by ktoś mnie zdradził.... oszukał... Już byłam dla jednego księżniczką, całował moje stopy, a potem okazało się, że mamy w jego mniemaniu odmienne poczucie estetyki, że tak naprawdę nie alceptował mnie, myslał jedynie, że z czasem się zmienię. Znowu dałam sie zrobić w konia. Wszyscy faceci są tacy sami.
Inny, z którym rozmawiam czasem na gg ciągle pije piwko, zimną perełkę, na moje uwagi, iż jest alkoholikiem oburza się i stwierdza, że jest smakoszem. Ożesz, ja znam setki alkoholików i żaden w fazie czynnej nie nazwał swego uzależnienia po imieniu. Ale nie o to chodzi, ja pytam: gdzie są normalni faceci, choć jeden, taki dla mnie? Pewnie jestem głupia i naiwna, pomimo wejścia w druga połowę życia, takiego po prostu nie ma...

poniedziałek, 5 września 2011

W szkolnej ławie...




Wiesław Myśliwski
Czy skończyłem jakąś szkołę, pyta pan? To zależy, co pan rozumie przez szkołę. Według mnie skończyłem niejedną, choć nie mam żadnych świadectw. Bo też żeby coś umieć, czy musi się latami siedzieć w ławce? Wystarczy, że chce się umieć.

W sobotę po długiej przerwie ponownie zasiadłam w szkolnej ławie, hehe. Uczę się w Studium Policealnym na kierunku technik weterynarii. Sama nie wiem po co mi ta szkoła, ukończyłam już w moim 40-letnim życiu szereg szkół, nie tylko podstawowych... ;))) i jakoś nie pracuję w żadnym z zawodów, a wykształcenie wcale nie pomaga mi w znalezieniu wymarzonej pracy. Jednak poszłam, żeby coś robić, wydaje mi się, że człowiek nie może żyć bez działania i pracy, jakiejkolwiek. Inaczej życie traci sens i staje się beznadziejne, przynajmniej tak jest w moim przypadku. Szkoła do tanich nie należy, ale po to poszłam pracować do siostry. Materiału do opanowania jest od zarąbania, biologia, biochemia, genetyka... Przyznam, że trudne to dla mnie i będzie wymagało zakuwu. Zajęcia trwają po 9 godzin, wysiadła mi przez weekend ręka od nieustannego , szybkiego pisania. Towarzysko - bez szans... Jestem najstrasza, następna osoba wiekowo w kolei po mnie ma chyba 28 lat... Reszta młode dziunie po maturze, mogłabym być ich mamusią i ... dwóch chłopaków. Z tymi jedynie trochę rozmawiam... Szczerze mówiąc jestem trochę zawiedziona towarzystwem, jestem tam chyba postrzegana jako dinozaur i panny z lekka mnie unikają. Chociaż wiedziałam, że tak będzie... Ale człek ma zawsze głupią nadzieję... Ogólnie jednak mam jakiś cel do realizacji i zajęcie w postaci nauki, obym nie uległa stresowi, panika ogarniała mnie już na pierwszych zajęciach i żeby mi znów łyse placki na głowie się nie porobiły, co w przeszłości miało miejsce. Na ksiązki wydałam już około 200 zł, a to chyba jeszcze nie koniec, na szkołę na razie 400 zł, ale co miesiąc pójdzie 200 zł i za wakacje po 100 zł za miesiac. Ale nie ma nic za darmo...
Zrodziło się też pierwsze marzenie...chciałabym mieć hotel dla psów. Mam działkę na wsi, 60 km za Gdańskiem, ale sama nie dam rady tego zrealizować. Przede wszystkim niezbędny jest samochód, bo bez transportu nie ma szans. Ja niestety jestem niewyuczalna jeżeli chodzi o prowadzenie pojazdu. Musiałabym mieć współpracownika, najlepiej faceta umiejącego zręcznie coś zrobić fizycznie, coś zbudować, naprawić, takiego majsterklepkę. I stroniącego od alkoholu, z wiadomych powodów. Heh, ale gdzie takiego znaleść...

środa, 13 lipca 2011

Co by tu tak...ten tego ten...

Karl Kraus
Niechętnie wtrącam się w swoje prywatne sprawy.


Normalnie, ogarnęła mnie taka niechęć, a wręcz wstręt do prowadzenia bloga, że sama nie tego zjawiska nie jestem w stanie pojąć. Może to wynik długotrwałego zakładania i pisania róznych blogów, braku zajęcia w przeszłości i częstego "siedzenia" w necie, nie wiem. Grunt, że na widok komputera odrzuca mnie jakoś takoś. Poza tym mam tak wiele zajęć innego rodzaju, iż ta forma spędzania czasu w ogóle mnie nie nęci. Wieczorem jestem tak zmęczona, że padam.  Dużo czasu spędzam na świeżym powietrzu, mnóstwo czytam, trochę oglądam TV i jestem jakaś szczęśliwasza. Naprawdę nie wiem co się zmieniło, właściwie to chyba nic, nic konkretnego się nie wydarzyło.
Żałuję jedynie, że nie spotkałam się z  Hipcią, ale napisała, że jeszcze zawita w sierpniu do Gdańska, to ją szczapię gdzieś w zaułku.
Z moimi szwagro-siostrami jest już okey. Ważę 72,9 kg. Od dwóch dni (proszę się nie śmiać) odchudzam się dietą 1000 - 1100 kcal.
"Szaleję" na portalu Badoo http://eu1.badoo.com/. I stwierdzam, że w dzisiejszych czasach dziady są beznadziejne. Jak nie godzisz się na seksik na pierwszym spotkaniu, to spadaj, lala, but Ci się widać rozp...
Takie to buty...
Ale ogólnie gra gitara... jak na razie....
Aha, zapomniałam. Zapisałam się od września do szkoły. Będem siem na technika weterynarii edukować, a co...